Obserwatorzy

Cytat

Nie mówię w tym samym języku, co ty.
Są pewne słowa, na które, wiem, nigdy się nie zdobędę.
I kiedy widzę, jak odpowiadasz mi uśmiechem,
W jakiś sposób,
Wiem dokładnie co masz na myśli.

Draco Malfoy/Ginny Weasley

wtorek, 9 maja 2017

Rozdział IX

4 komentarze:
Gdy kuszą fałszu prorocy
Odpowiedź trzeba im dać
Spójrz prosto w kłamliwe oczy
I krzyknij: Nie chcę was znać
Leszek Wójtowicz

- Gin, hej, Ginny!
Weasleyówna zatrzymała się gwałtownie, słysząc znajomy głos.
- Cześć, Dean – mruknęła, poprawiając torbę na swoim ramieniu. – Co słychać?
- Zastanawiałem się, czy nie mogłabyś mi pomóc z Quidditchem? Wiesz, jakieś dodatkowe treningi na przykład…
- Dean… - jęknęła Gryfonka. – Naprawdę z wielką chęcią bym to zrobiła, ale słowo daję, nie mam czasu. Ledwo mi go starcza na cokolwiek.
- Och. – Chłopak podrapał się po głowie i rozejrzał niepewnie. – No tak, rozumiem, jasne. Chyba poproszę Demelzę w takim razie.
- To dobry pomysł. – Ginny posłała Deanowi uśmiech, chociaż chłopak wcale nie wyglądał na zadowolonego. Dziewczyna zupełnie podzielała jego uczucie: ich spotkania i rozmowy były raczej niekomfortowe…

***

26 listopada
LABORATORIUM
17:45: Stała tam wściekle czerwona na twarzy, oddychała strasznie głośno i wiedziałem, że mnie nienawidzi. Chyba ją uraziłem tą odpowiedzią.
Cóż, ciekawym jest wzbudzać w kimś tak wiele emocji. Tak wielkie emocje.
Arystokracja wychowywana zostaje na innych zasadach. Gniew, warknięcia, dyscyplina.
Ale taka gama uczuć? To by nie przeszło…
Biorąc pod uwagę fakt, ile spędziliśmy już wspólnych wieczorów (cztery, a czasem nawet WIĘCEJ w tygodniu), powinna się w końcu nauczyć trzymać swoje szaleństwo na wodzy.
Jednak chyba nie jest tak bystra, za jaką się najwidoczniej uważa.

- No cóż, ja na pewno nie mogę tutaj zostać – zaczął Zabini, odsuwając się pod ścianę, gdy zobaczył wściekłe spojrzenie skierowane ku niemu. - Zginął mąż mojej matki, nie mogę jej zostawić samej na święta.
- Och, wygodne – warknął Malfoy. – Znałeś chociaż jego imię?
Blaise nie odpowiedział, wzruszył jedynie ramionami.
- Ja też muszę wracać – mruknęła Ginny, bez mrugnięcia okiem przyjmując na siebie wściekłość Malfoy’a.
- Czyżby? Masz chociaż jakiś sensowny powód?
- To święta, muszę je spędzić z rodziną.
- To dosyć samolubne, gdzie się podziała twoja gryfońska postawa?
- Malfoy, naprawdę muszę. Daj mi spokój – warknęła dziewczyna, nie dopuszczając do siebie kołatającej się w głowie myśli, że chce zobaczyć cały klan Weasleyów, zanim wojna zacznie się naprawdę i…
- Odpuść sobie te sentymentalne gierki, nie rusza mnie to.
- Kretyn – sapnęła Ginny, zakładając ręce na piersi. – Wracam do domu na przerwę świąteczną czy ci się to podoba, czy nie…
- Do cholery, Weasley, jesteś najbardziej irytującą osobą, jaką znam – a konkurujesz ze swoim bratem i resztą idiotów.
- Tak? Myślałam, że zaczynamy się dogadywać… - rzuciła Gryfonka, zupełnie niezgodnie z tym, co rzeczywiście myślała.
- To nawet nigdy nie było opcją – odparł sucho, a Ginny rzuciła w niego swoim podręcznikiem.

26 listopada 1998
Wiem, dojrzałe.

- Koniec, stop, przestańcie natychmiast! – wybuchnął nagle Blaise, dzięki czemu dwójka jego współpartnerów zamilka natychmiast zaskoczona. Zabini od samego rana był nie w humorze. – Idziemy na spacer – zarządził po chwili chłopak.
- Idziemy… co? Na głowę upadłeś? – warknął Malfoy, przyszpilając przyjaciela wzrokiem.
- Spacer zawsze działa. Malfoy, możesz tu zostać, jeśli chcesz, nikt nie będzie miał pretensji – wymamrotała Ginny, biorąc głęboki wdech, aby się uspokoić.
- Jesteście siebie warci, naprawdę – rzekł Draco, ale w tym samym czasie zaczął pakować swoje rzeczy do torby.
Całą trójką wyszli z lochów, kierując się z stronę błoni.
Wychodząc z zamku, zobaczyli w oddali Pansy z koleżankami. Blaise pomachał im bez entuzjazmu, Ginny udawała, że nic nie widzi, a Malfoy pomyślał, że czeka go zapewne wieczorem naprawdę długa rozmowa.
- I jak, teraz już waszym zdaniem problem jest rozwiązany? Spacer pomógł? – zapytał z przekąsem Draco, nie kryjąc swojej irytacji.
- Spokojnie. Bez afer, ja was proszę.
Po kolejnych piętnastu minutach ciszy, cała trójka była zaskoczona tym, jak łatwo się idzie wspólnie, gdy nie trzeba rozmawiać.
Milczenie po jakimś czasie przerwał Blaise, wypowiadając ostrożnie słowa:
- Chcecie wiedzieć, co ja myślę? Idźcie, moi drodzy, na kompromis. Tak, Wrażliwa, nie patrz tak na mnie. Mówię całkowicie poważnie,
Ginny się skrzywiła, a Malfoy przewrócił oczami, po czym zapytał:
- Czyli co to twoim zdaniem oznacza?
- Hm. Zostańcie razem. Co dwie głowy to nie jedna, nie? A przynajmniej żadne z was nie będzie poszkodowane.
- To jakiś żart – jęknęła głucho Ginny. – Jak ty nic nie rozumiesz. Wtedy oboje będziemy poszkodowani, szalony człowieku.
- Wesołe z nas towarzystwo, bo właśnie nadchodzi kolejny żart – dopowiedział Malfoy, ale Weasley nic z tego nie zrozumiała. A potem podniosła głowę i żołądek pojechał jej do gardła. Przyśpieszyła kroku, wpychając się przed Blaise’a, mając nadzieję, że zostanie potraktowana, jako samotnie szwędająca się osoba, ale widząc zaskoczenie na twarzach Harry’ego i Rona, wiedziała już, że nic z tego nie wyszło i że to nie będzie dobre spotkanie.
- Ginny, co ty wyprawiasz? – sarknął jej brat, gdy obaj Gryfoni zatrzymali się na chwilę, by zaraz wyrównać swoje kroki z nadchodzącą trójką.
- Spaceruję, Ronaldzie – westchnęła i usłyszała jak Malfoy parsknął śmiechem, wcale nie subtelnie.
- Jasne. Dlaczego?
- Bo krzyczenie na siebie w wciąż tym samym pomieszczeniu może się zrobić trochę monotonne, okej? Czasami warto urozmaicić sobie furiackie kłótnie.
Przez twarz Harry’ego przebiegł lekki uśmiech.
- A tak naprawdę? Co przede mną ukrywasz? – ponowił podejrzliwie Ron.
Malfoy zaczął coś tłumaczyć, mając dosyć narzucającego się Gryfona, ale gwałtownie zamilkł, aby wypowiedzieć katastrofalne w skutkach zdanie, które właśnie przyszło mu do głowy.

26 listopada 1998
- Omawiamy właśnie z twoją uroczą siostrą nasze wspólne plany na przerwę świąteczną – westchnął, a chwilę potem wpadł na mnie Zabini, tak gwałtownie się zatrzymałam.
Poważnie.

- Nie tak bym to nazwała – rzuciła Ginny szybko w stronę Harry’ego, który spojrzał na nią sceptycznie. – Któreś z nas musi tu zostać na święta. Ale to nie są żadne wspólne plany. Zostać musi jedno z nas.
- Ty… ty… zidiociały… - zaczął Ron, zbyt wściekły, aby wydusić więcej.
- Żałosne – mruknął Malfoy, uśmiechając się złośliwie.
- Zabierz go stąd, proszę – Ginny szepnęła gorączkowo, znów do Harry’ego, w międzyczasie stając na drodze Ronowi. – Przyjdę niedługo do Wieży i wszystko wam wytłumaczę, w porządku?
Dziewczyna właściwie nie zostawiła mu wyboru. Pchnęła delikatnie swojego brata i rzuciła Harry’emu tak znaczące spojrzenie, że w końcu zrozumiał i pociągnął chłopaka za ramię. Obaj wycofali się powoli, zawracając w stronę Wspólnego Pokoju Gryffindoru.
Ginny odwróciła się do Ślizgonów.
- Uroczą siostrą? Czy to jest tego warte, Malfoy? Naprawdę? – zapytała znużona, nawet nie mając siły porządnie się wściec.
- Och, doprowadzenie tego kretyna do szału? To jest warte wszystkiego – odparł chłopak z pełną swobodą.
- Jesteś głupim, egoistycznym kretynem.
Draco wydawał się być zbyt rozbawiony, aby się przejąć.

26 listopada
KORYTARZ
18:13: Byłem trochę zawiedzony. Wkurzyć jednego Weasleya, gdy mogło się wkurzyć dwóch… No cóż, liczyłem na coś bardziej spektakularnego.
Przyjrzałem się Weasleyównie dokładnie, ponieważ coś mi nie pasowało. Wesołe ogniki zamigotały w jej oczach, gdy powiedziała najbardziej przesłodzonym głosem, jaki było dane mi słyszeć:
- Więc w porządku, Draco. Liczę na to, że nie zepsujesz naszych planów i wpiszesz się na listę osób zostających w Zamku, abyśmy mogli wspólnie realizować naszą misję.
Poszła sobie. Cwana bestia.

***

Ginny weszła przez portret Grubej Damy, czując się bardzo, bardzo zmęczona. Natychmiast doskoczył do niej Ron, ale tylko go wyminęła, siadając na podłodze przy kominku, gdzie czekali już jego przyjaciele.
- Jak łatwo was sprowokować – westchnęła, odchylając głowę do tyłu i opierając się o fotel Harry’ego.
- Ginny, co się dzieje? – zapytała Hermiona, wzrokiem uciszając Weasleya, który już chciał otwierać usta.
- Nic, kompletnie nic. Poszliśmy… się przejść, aby odetchnąć. I naprawdę omawialiśmy przerwę świąteczną, ale nie w kontekście wspólnych planów, tylko ustalenia kto ma tutaj zostać. Bo któreś z nas musi.
- Rodzice nie będą zadowoleni, jeżeli nie wrócisz do domu – postraszył Ron natychmiast, karykaturalnie zmieniając swój ton i próbując mu nadać odcień groźby.
- Ale ja chcę wrócić! – niemalże krzyknęła dziewczyna, unosząc ręce do góry. – Chcę, chcę, chcę, w porządku? Ale nie wiem jak to się skończy, nic nie mogę obiecać.
- Ron, daj już spokój – westchnęła Hermiona, patrząc na chłopaka z politowaniem.
- Ron, czy jesteś w stanie mi zaufać? – zapytała Ginny mocnym głosem, wstając i kładąc mu ręce na ramiona.
- Nie jestem w stanie zaufać im – wymamrotał chłopak, wzdychając ciężko.
- Poradzę sobie z tym, naprawdę. Jak tak będą wyglądały nasze zajęcia, zobaczysz mnie jeszcze z nimi nie raz. Naprawdę. Spędzam w laboratorium większość wieczorów i sama wiem najlepiej jakie to męczące. Ale nie mam wyboru. I to nie oznacza, że za każdym razem, gdy się tylko miniecie musimy zapobiegać jakiejś katastrofie, bo was wszystkich rozsadza testosteron. Po prostu sobie odpuść, okej?
- Gin…
- Ron, proszę – wyjęczała dziewczyna błagalnym głosem. – Proszę, proszę, proszę.
- W porządku – powiedział w końcu chłopak, po dłuższej chwili. - Ale, jeżeli cokolwiek będzie nie tak…
- … to natychmiast się do ciebie zwrócę, wiem.
Ron zacisnął usta w wąską linię, co zazwyczaj było domeną Hermiony, ale nie powiedział nic więcej.
Ostatecznie Ginny doszła do wniosku, że nie było tak źle. Poczuła ulgę i uśmiechnięta skierowała się ku dormitorium.
Pozwoliła sobie zrzucić wszystkie rzeczy z łóżka – w tym znoszone szaty, zapisane skrawki pergaminów i pracę domową z Transmutacji - na podłogę i rozłożyła się wygodnie na materacu, głowę zsuwając poza jego obszar, aby delikatnie zwisała w dół.
Westchnęła zadowolona, napawając się chwilą spokoju i przymknęła oczy.

***

Blaise chodził w tę i z powrotem po Sowiarni, nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. To, co wczoraj zobaczył wytrąciło go z równowagi i z trudem mógł się dzisiaj na czymkolwiek skupić.
I jeszcze te wieczne problemy Ginny i Draco.
Ślizgon westchnął głęboko i po raz kolejny uświadomił sobie, jak dobrze zrobił, wymigując się z opieki nad eliksirem podczas świąt. Teraz naprawdę musiał wrócić do domu.
Nerwowo rozwinął skrawek pergaminu, znowu przejeżdżając wzrokiem po własnym piśmie:

ktrop frmhp wcgxo jlxc

W jaki sposób to mogło znaczyć cokolwiek?
Blaise nie był głupi. Bez problemu zorientował się, że ma do czynienia z szyfrem. Pytanie pozostawało: z jakim? Może chodzi o czytanie wstecz? Albo odpowiednie przestawienie liter?
Chłopak pokręcił głową i powoli przepisał słowa na nowym pergaminie. Na razie postanowił nie opisywać matce co dokładnie wczoraj widział. Ich listy zapewne mogły być sprawdzane, lepiej było nie ryzykować.
Mimowolnie wzdrygnął się, gdy w głowie zaczął odtwarzać scenę z Wieży Zegarowej. Nawet nie wiedział, ile już czasu spędził w Sowiarni – prawie podskoczył, gdy usłyszał szczęk otwieranych drzwi.
- Po prostu uważam, że to może mieć jakieś znaczenie…
- Wałkowaliśmy to już tyle razu. Tu musi chodzić o coś innego.
Doszedł do niego dźwięk rozmowy i natychmiast rozpoznał te głosy. Niespokojnie zaadresował kopertę i najgłośniej jak mógł przywołał swoją sowę. Natychmiast nastała pełna napięcia cisza, a chwilę później Gryfoni pojawili się na tym samym poziomie co on.
Usłyszał jak Weasley głośno wciągnął powietrze, ale wyminął jego, Pottera i Granger bez słowa.
Postanowił udać się do biblioteki.

***

29 listopada
DORMITORIUM
13:45: Przez to głupie gadanie Weasley sam trochę czuję się nieswojo, wiedząc, że Snape dzisiaj do nas przyjdzie. Jeżeli rzeczywiście nie lubi jej tak, jak to opisywała, możemy mieć kłopoty.

- Zabije nas, słowo daję – jęknęła Ginny żałośnie.
- Jasne, że nas zabije. Będziecie ciągle się sprzeczać, a to go wyprowadzi z równowagi – warknął Blaise.
Ginny doszła do wniosku, że chłopak ostatnimi czasy chodził raczej spięty i złościł się z byle powodu.
- Nie… będziemy się sprzeczać. Nie jesteśmy idiotami – oznajmił Draco w odpowiedzi, przeszywając przyjaciela wzrokiem.
- Och tak? A robicie tutaj cokolwiek innego? Może pracujecie? Może dyskutujecie o tym, co będzie lepsze dla eliksiru? Może po prostu miło mija wam czas? I może są to najzwyczajniej w świecie konstruktywnie spędzone godziny? – Jego głos ociekał jadem i Ginny doszła do wniosku, że wreszcie odnalazła w Zabinim Ślizgona.
Malfoy z hukiem oparł się rękami o stół, a Ginny aż poskoczyła przestraszona i cofnęła się o krok, praktycznie wpadając na ścianę. Może i ostatnimi czasy spędzała ze Ślizgonem dużo czasu, ale chyba nigdy nie zdarzyło jej się widzieć go takiego rozjuszonego.
- Spieprzaj Zabini, jak masz jakiś problem to idź wyżywać się na kimś innym – prychnął Draco coraz bardziej niezadowolony.
Ślizgoni przez kilka długich chwil sztyletowali się spojrzeniami, a Ginny nie miała odwagi przerywać im tej niemej kłótni. Bez słów wymieniali argumenty, aż nagle wyraz twarzy Blaise’a zmienił się na niebywałe zmęczenie.
- Po prostu się zachowujcie – mruknął, nie zamierzając przepraszać za wcześniejszy napad agresji. – Mam dość waszych kłótni.
A Malfoy postanowił zachowywać się tak poprawnie, jak nigdy przedtem.

- Czy mogłabyś mi podać notatki?
- Proszę bardzo.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. A czy ty, Draco, byłbyś tak miły i dorzucił tutaj trochę żabiego skrzeku?
- Z największą przyjemnością, właśnie miałem to zrobić.
- Cudownie.
Widzi Pani? Tak było cały czas.
Snape był tym tak rozproszony, że nawet do niczego się nie przyczepił. Przynajmniej nie tak bardzo jak zawsze. Kilka złośliwych uwag, skierowanych w moją stronę? Błagam, Severusie, dla mnie to jak chleb powszedni.
Zabini za to ledwo powstrzymywał się od śmiechu – humor ewidentnie mu się poprawił i nawet musiał udać napad kaszlu i wypaść na korytarz.
A i tak pojedyncze chichoty wyrywały mu się z ust. Miałam ochotę go walnąć.

***

Ginny postanowiła sobie odpuścić tego dnia dalsze zajęcia. Ta wizyta i tak kosztowała ją wiele nerwów, mimo całkiem satysfakcjonującego efektu. Bez żadnych więc skrupułów skierowała się do Wielkiej Sali, aby chociaż raz zjeść kolację o cywilizowanej porze.
Malfoy na odchodnym rzucił tylko, że jutro się spóźni, bo ma trening, co przypomniało jej o pewnej rzeczy…
Mecz Quidditcha. Niezależnie od tego kto wygra, a kto nie… wszystko runie. Będą się nienawidzić jeszcze bardziej.
Cholera.
Ginny przemknęło przez myśl, że prawie zabiła Marcusa Diggle, wpadając na niego, zbyt zamyślona, aby poświęcić uwagę rozglądaniu się po korytarzu.
- Przepraszam – jęknęła, rozcierając sobie rękę, ale doszła do wniosku, że on chyba odniósł większe obrażenia, bo wylądował na ziemi.
- Uch, nie rób tego więcej – mruknął, łapiąc się za parapet, aby wstać.
- Hm, nie zamierzam.
- Cieszy mnie to, nie ukrywam – zamilkł na chwilę, aby doprowadzić się do porządku, po czym poruszył najbardziej neutralny temat, jaki wpadł mu do głowy: - Zrobiłaś już to wypracowanie z Zaklęć? Ja się nad nim męczę od kilku dni.
- Jasne, mogę ci podrzucić, jeżeli chcesz poszukać inspiracji.
Marcus roześmiał się:
- Zawsze gotowa do pomocy, wybawicielka Ginny. Byłoby wspaniale.
Ginny też zachichotała.
Sześć lat w tym samym domu, a on tak mało mnie zna. To smutne.
- Gdzie idziesz?
- Na kolację.
- To ty jednak jadasz? – Chłopakowi naprawdę rozszerzyły się oczy ze zdziwienia, a dziewczyna aż przystanąć.
- Codziennie, nawet trzy razy? Przepraszam, a czy to jest coś nietypowego? Nasz gatunek musi się odżywiać, wiesz…
Jego twarz praktycznie rozświetlił uśmiech.
Niepokojące.
- Właśnie wygrałem galeona, super.
Że co?
- O czym ty, do diabła, mówisz?
Chłopak nagle zrobił się speszony i wzruszył nerwowo ramionami.
- No nie bywasz na posiłkach. Praktycznie wcale. Inni sądzą, że jesteś na diecie, ale ja tam uważam, że jesteś na to zbyt rozsądna.
Hm. Okej. Ciekawe.
Głupie.
- To przecież te eliksiry! – Prawie krzyknęła, ale Marcus nie wyglądał, jakby cokolwiek zrozumiał. - Mam, em, projekt? Projekt, tak. Na eliksiry. Takie dodatkowe zadania. Zazwyczaj zajmuje się nimi wieczorami, więc wiesz, przychodzę na kolację jak już wszyscy się rozejdą.
Jego twarz przybrała nagle pełne zrozumienie.
- No tak, pamiętam, Snape o coś cię tam męczył. Nie sądziłem, że to nadal trwa.
- Chyba nie tylko ty, Marcusie. To urocze, że moi szkolni koledzy siedzą sobie i plotkują o moich zwyczajach żywieniowych.
- Ale chyba nie jesteś zła, prawda? – zapytał szybko, niemal przestraszony.
- Nie, skąd. – Ginny zaśmiała się, wzruszając ramionami. – Miło mi, że mogłam przyczynić się do twojego zarobku.

***

1 grudnia
NA KORYTARZU, W DRODZE DO SZALEŃSTWA
08:00: Barnabo, McGonagall jest szalona. Mam nadzieję, że to nie jest żadna Pani przyjaciółka.
Chociaż jeżeli tak, to mam pewną radę: proszę natychmiast zerwać tę znajomość.
Dała mi i Blaise’owi szlaban… Za rozmowę na lekcji, doprawdy…
Był tak męczący, że nawet ja nie byłem wstanie zmusić Zabiniego do tego, aby wstał z rana. Ale okazuje się, że ktoś musi być odpowiedzialny i dorzucić do naszego eliksiru liście mandragory.

Draco wszedł do laboratorium, rzucając jakąś złośliwą uwagę do Ginny, która siedziała w fotelu, ale dziewczyna w ogóle nie zareagowała.
Chłopak przystanął na chwilę, marszcząc brwi, a ta w milczeniu podała mu swój egzemplarz Proroka Codziennego.
Gdy skończył czytać artykuł dotyczący nowych morderstw, nie wiedział co ma powiedzieć… Widząc jej bladą twarz i zacięta minę, miał ochotę rzucić coś pokrzepiającego.
Ale to byłoby niestosowne.
Niepoprawne.
Nie na miejscu.
Stali po dwóch stronach barykady i nic co by rzekł, by tego nie zmieniło.

1 grudnia
LABORATORIUM
17:32: Merlinie…

- W najbliższą sobotę mecz, co? – zagadnął, czując się jak idiota.
- Yhym – przytaknęła dziewczyna, ale wzrok wciąż miała nieobecny.
Draco wycofał się z sali, nie chcąc się mierzyć z takimi emocjami i mając nadzieję, że w swoim zdołowaniu Wesleyówna nie zapomniała o liściach mandragory, które miała dzisiejszego ranka dorzucić do eliksiru.

***

1 grudnia
POKÓJ WSPÓLNY
20:00: Dyżur, dyżur, dyżur… Cholerne obowiązki.

 Pansy stukała niecierpliwie nogą, czekając przy wyjściu z Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
- Idziemy? – usłyszała za sobą głos, który automatycznie sprawiał, że na jej ustach pojawiał się wyjątkowy uśmiech.
Zaraz jednak zbladł.
Nie mam dzisiaj na to siły, pomyślała i ruszyła na korytarz.

- Jesteś niebywale cicha – mruknął Draco, nawet nie odwracając ku niej głowy.
- Tak – potwierdziła dziewczyna, nie sądząc, aby mogła dodać coś więcej.
- Co się stało?
- Nic. Naprawdę nic.
Pansy oparła się o ścianę, przyciskając policzek do zimnego kamienia.
- Słabo ci? Zamierzasz mdleć?
- Och, zamknij się.
- Stara, dobra Pansy – mruknął Draco, naciskając ramiona dziewczyny, aby zmusić ją do pozycji siedzącej. Po kilku minut, gdy Parkinson nie dawała znaku życia, Malfoy usiadł obok niej. Jej głowa oparła się o jego ramię.
- Zapytam jeszcze raz. Co się stało?
- Te wszystkie ataki. Ta presja. To szaleństwo – szepnęła w odpowiedzi i nie dodała nic więcej.
- Rozumiem – mruknął chłopak, chociaż wcale nie rozumiał. Zastanawiał się, co go tak pokarało, że już drugi raz dzisiejszego dnia miał przyjemność natknąć się na dziewczynę w depresyjnym nastroju.
Kolejne dziesięć minut zajęło Ślizgonce odzyskanie rezonu. Po tym czasie wstała jak gdyby nigdy nic, wyprostowała szatę i ruszyła przed siebie.
- Więc o co ci ostatnio chodzi? – zapytała po chwili już swoim normalnym głosem.
- Mi? – Draco był ewidentnie zdezorientowany.
- Jakieś dziwne spojrzenia, aluzje, uwagi…
- Nie wiem. – Chłopak wzruszył ramionami. – Chyba sobie przypomniałem, dlaczego się przyjaźniliśmy…
- Dlaczego?
- Bo byłaś sobą.
Kolejne wzruszenie ramion.
- Merlinie, Malfoy. Dobrze wiesz, czego ode mnie oczekują. Jaką mam rolę. Do tej pory grałeś w to ze mną.
- Już nie chcę grać – powiedział chłopak i dopiero wtedy uświadomił sobie, że naprawdę tak jest. – Chcę ciebie. Taką, jaką byłaś kiedyś. Nie chcę tej dziwnej Pansy. Irytującej, słodkiej i rozkosznej.
- Urażasz mnie właśnie.
- I co z tego? Kiedyś byś się tym nie przejęła.
- Tak, to prawda. - Dziewczyna zamilkła na chwilę. - Ale jak mam grać i nie grać, kiedy chodzi o ciebie? Nie potrafię.
- Ta, może być ciężko. Coś wymyślimy.
- Ta.

***

Ginny niechętnie poświęciła dzisiejszy wolny wieczór na posprzątanie swojej części dormitorium. Ze zrezygnowaniem rozejrzała się dookoła pomieszczenia, pocieszając się faktem, że nie jest tutaj jedyną bałaganiarą.
- Co za syf… - mruknęła i z duszą na ramieniu zaczęła składać walające się po kątach ubrania. Jeszcze przez chwilę rozważała wszelkie za i przeciw, ale koniec końców, doszła do wniosku, że lepszego dnia nie będzie.
Nie codziennie to dormitorium jest puste, a jej współlokatorki zajęte. Zdecydowanie musiała wykorzystać moment.

Piętnaście minut później Ginny przewróciła oczami, zauważając, że nieporządek właściwie wcale się nie zmniejszył. Jednym ruchem zgarnęła wszystko z łóżka i usiadła na podłodze, aby posegregować papiery.
Wyjęła spomiędzy nich pióro i odłożyła na szafkę nocną, z niezadowoleniem stwierdzając, że zachlapało ono jej niedokończone wypracowanie z eliksirów.
Sięgnęła po list od rodziców, obiecując samej sobie, że w końcu na niego odpisze, a następnie po plan lekcji, który teraz znała już na pamięć.
Na kolana wypadł jej kawałek pergaminu, który na pewno nie należał do niej. Powoli przeczytała słowo „elektorat”, wypisane starannym pismem i wzruszyła ramionami, zastanawiając się czy skrawek jest Amelii albo Jackie i czy może pozwolić sobie na wyrzucenie go. W końcu odłożyła go na szafkę nocną i ze znużeniem wróciła do porządków.

Pięć minut przed kolacją z satysfakcją stwierdziła, że zadanie zostało właściwie wykonane i bez poczucia winy wrzuciła do kufra resztę rzeczy, które zagracały jej dormitorium.
Zadowolona udała się do Wielkiej Sali.

***

Dwa dni do wpisywania się na listę osób pozostających w zamku na ferie.
Pięć dni do meczu.
Dwa tygodnie do Hogsmeade.
Dwadzieścia dni do przerwy świątecznej.

2 grudnia 1998
Będzie wesoło.

2 grudnia
ELIKSIRY
13:44: To będzie ciekawy miesiąc, doprawdy.

***

Ginny bez żadnych skrupułów obserwowała, jak domownicy Gryffindoru umieszczają swoje nazwiska na pergaminie przyniesionym przez profesor McGonagall i nawet nie zbliżyła się do tablicy ogłoszeń, aby w przypływie głupoty nie dopisać się na świąteczną listę uczniów niewyjeżdżających na święta.


© Agata | WS
x x x x x x x.